RecTec Safari 2008
Cezary Abramowski
Kwiecień i maj to znakomita pora na safari na Morzu Czerwonym. Jest już ciepło ale nie ma letnich upałów, temperatura wody dochodzi do 25 C, a na morzu coraz łatwiej o parę spokojnych dni. Dlatego kwiecień to tradycyjne techniczno-wrakowe safari, które prowadzi Oceanxplorers, czyli instruktorzy nurkowania technicznego TDI i IANTD Artur Pazzi, gościnnie Marcin "Chochor" Chochorowski i ja czyli Czarek Abramowski oraz nasz instruktor PADI i specjalista sprzętowy Arek Pańka.
Od roku 2007 jako pierwsi w Polsce organizujemy regularne wrakowo techniczne safari na Morzy Czerwonym, z niezbędnymi gazami, obsługą blenderów oraz kadrą instruktorów trimiksowych.
W tym roku miało to być safari o bardziej wrakowe, dostępne również dla doświadczonych nurków rekreacyjnych. Aby pomieścić około ponad dwadzieścia osób nurkujących, w tym wielu zaawansowanych nurków używających wielu butli, niezbędna była odpowiednio duża łódź i jednocześnie wygodna łódź. Odpowiednia okazała się flota, specjalizującą się w czarterze dużych łodzi o najwyższym standardzie, zarówno łodzi, jak i obsługi.
Łodź, zgodnie z koncepcją floty, to standard niespotykanej jakości. Wielkie, przestronne kabiny en-suite, z własną precyzyjną klikmatyzacją i doskonale wyposażonymi własnymi łazienkami, oferowały, niczym w pływającym hotelu, nawet firmowe szlafroki, co niezmiennie bawiło część ekipy. Nastrojowy, nowoczesny salon i posiłki na decku przypominającym dobrą restaurację, pozwalały wypocząć między nurkowaniami. Jednak to, co liczyło się dla nas naprawde, to ogromny, szeroki dive deck, pozwalający wygodnie rozmieścić się z wieloma butlami. Tego własnie brakuje prawie wszystkim łodziom na Morzu Czerwonym i to własnie zaważyło na wyborze jednostki.
Dzień pierwszy to jak zwykle zaokrętowanie, podział kabin i robota papierkowa. Przepisy floty stawiają bardzo wysokie wymagania procedur bezpieczeństwa. Zajmuje się tym specjalnie przydzielona osoba (kiedyś zwana chronometrażystą) - w naszym przypadku to sympatyczny Walijczyk Richard. Kolejny dzień to trening na Tiran Thomas Canyon. To słynne pękniecie w dnie morskim z kilkoma bajecznymi mostami, tworzy kanion, zaczynający się około 40m i schodzący do ponad 90m. Idealne miejsce dla całej ekipy. Jeszcze tego samego dnia w nocy ruszamy na południe, na pierwszy wrak.
Celem jest raczej łatwe miejsce - Rosalie Moller. Wrak spoczywa stabilnie i prosto na stępce, na głębokości około 50m. Górne pokłady można zwiedzić już z głębokości ok. 35m. Niestety maszty i komin, które do niedawna skierowane były pionowo, teraz już spoczywają na dnie. Potwierdza to pogarszającą się kondycje wraku, którego opisy i zdjęcia są powszechnie dostępne, a sam wrak jest niestety coraz częściej odwiedzany.
Czas na głowiny cel wyprawy - wrak promu Al-Quamar Al-Saudi Al-Misri. Jednostka zatonęła w 1994 roku, na trasie Kanału Sueskiego, na południe od znanej wrakowej rafy Abu Nuhas. Ze względu na położenie na otwartym morzu i głębokość prawie 90m, był dotychczas odwiedzony przez zaledwie kilka ekip nurków technicznych. Jesteśmy zatem pierwszą polską wyprawą na ten wrak. Pierwszym problemem jest... odnalezienie wraku. Trzy różne namiary gps: nasze, naszego kapitana oraz kolejne otrzymane smsem w trakcie rejsu okazują się dość znacząco różnić. Z informacji zdobytych przez kapitana wynika, że do wraku jest przyczepiona cienka linka ale jej koniec z butelką po napoju jako markerem znajduje się 2m pod powierzchnią wody.
Hmm…..Szukanie małej buteleczki pod powierzchnia wody na otwartym morzu to jakby szukanie igły w stogu siana. Ale jesteśmy wytrwali a doskonałe warunki, brak wiatru i falowania zwiększają nieco szanse powodzenia. Poszukiwania kilku obserwatorów na sonarze na mostku, na zodiaku przed łodzią oraz na najwyższym pokładzie trwają dwie godziny. Wreszcie na ekranie ukazuje się coś olbrzymiego. W tym samym czasie Ewelina wypatruje pod wodą buteleczkę-marker. Dopływamy, ale... po chwili znowu tracimy ją z oczu. Jednak kilka minut później znowu ją namierzamy, tym razem skutecznie i definitywnie. Załoga naszego RIB'a zatrzymuje się przy markerze. Teraz jeszcze ktoś musi zanurzyć się na wrak i przy pomocy dużej szekli zainstalować opustówke.
Zadanie to spada na ekipie w osobach naszego instruktora Artura Pazzi i jego niezmordowanego kursanta Maćka Zaborowskiego. Do zwiadu dołącza Marcin "Chochor". Chwile wyczekiwania i wreszcie znak, że opustówka jest zaczepiona o wrak. Wszyscy niecierpliwe czekają na swoja kolej i rozpoczęcie nurkowania. Ekipa rekreacyjna i semi-techniczna z limitem głębokości ok. 45 metrów ma również nadzieje na nurkowanie. Wstępne informacje mówiły o burtach wraku leżącego na boku już na głębokości ok. 60m. Jest zatem może szansa na zerknięcie na wrak z tzw. „lotu ptaka”. Niestety nadzieje szybko prysły, boja wystrzelona przez Chochora z doczepionym notesem mówi: „minimalnie 67m - rec nie schodzi”. Rozczarowanie w części ekipy. Może jednak będzie to dodatkową motywacją do kontynuacji szkolenia. Poza tym ich również czekają jeszcze podczas tego rejsu ekscytujące nurkowania. Tymczasem reszta nurków przygotowuje się do zejścia na wrak Al-Quamar Al-Saudi Al-Misri.
Kolejne zespoły nurków trimiksowych zanurzają się na głębokości około 70-85m. Na końcu zanurzam się ja, z kamerą w rękach, filmując wszystkie wcześniejsze ekipy. Co za niesamowite uczucie zanurzać się w wielkim błękicie panującym wszędzie dookoła - tylko ja i lina opustowa. Docieram coraz głębiej, po chwili mijam 60 metrów. Zanurzam się jeszcze trochę i wreszcie moim oczom ukazuje się potężna burta promu... Nie mam zbyt dużo czasu, kamera w moich rękach aż się pali aby filmować. Przepływam nieco ponad prawą burtą, jej powierzchnia robi niesamowite wrażenie ukazując jednocześnie wielkość wraku. Kątem oka widzę jeden z zespołów na nieco większej głębokości, na wysokości środka pokładu. Mają możliwość przyjrzeć się z bliska olbrzymim wyciągarkom, z których zwisają ponuro grube, niczym ludzkie ramie, liny. Robię przymiarki do coraz ciekawszych ujęć ale widzę, że zespół który filmuje zaczyna się zbierać w drogę powrotną w kierunku opustówki. Mam jeszcze chwile czasu dennego, ale stwierdzam, ze jak wszyscy, to i czas na mnie, rekonesans zrobiony. Po pierwszym nurkowaniu mamy więcej praktycznych informacji o wraku, przede wszystkim wiemy jak zaplanować następne nurkowania.
Na prom wracamy z samego rana, tym razem nie musimy szukać wraku więc nurkowania idą sprawniej. Wszystkie ekipy zanurzają się znów na głębokość 75-90m z czasami pobytu na dnie do 30 minut. Taki czas denny daje nieco możliwości. Część nurków ogląda tylko pokład, inni rufę i śrubę, jeszcze inni wpływają do środka promu. Ponownie zabieram kamerę, wiec mam możliwość sfilmowania pokładu oraz jednego z widnych korytarzy wewnątrz promu. Niestety penetracja wraku, nawet ograniczona, jest dość ryzykowna. Słona woda, a wcześniej pożar, spowodowały poważne zniszczenia w strukturze wraku. Przekonał się o tym Robert widząc kilkumetrową stalową belkę odłamującą się kilka metrów przez nim i spadającą na dno. Jednak wrażenia z nurkowania są fantastyczne. To bardzo udana wyprawa. Warunki pogodowe, wyjątkowy brak prądów ułatwia długą, nawet dwugodzinną dekompresję. Widok kilkudziesięciu sterczących bojek, niczym czerwony las, robi z powierzchni ciekawe wrażenie.
Dni mijają, czas pożegnać się z wrakiem promu. Przed nami końcowe nurkowania na znanych wrakach Abu Nuhas, na głębokościach nie przekraczających 30m, także szansa na popisy fotograficzne technicznego składu. W drodze powrotnej mamy jeszcze noc na Thistlegormie. Nocne nurkowania na tym wraku, bez tłumów podwodnych turystów – niczym ukoronowanie całego rejsu. No i wreszcie końcowa impreza…
Jakie plany? Kolejne safari jesienią, tym razem pod środkowym Morzu Czerwonym, od promu Al-Quamar Al-Saudi Al-Misri na południe, może kolejny mało znany wrak, być może również okolice Brothers. Dodatkowo pojawia się plan wyprawy, której jedynym celem byłaby eksploracja promu. To tylko jeden, co prawda ogromny wrak, ale za to jaki...
foto: Piotr Andrews, Irena Stangierska
Cezary Abramowski,
SDI/TDI Instructor Trainer
Dahab 2008
Nurkowania, rekordy, wydarzenia
Sezon ostatnich miesięcy pełen był nurkowych wydarzeń. Padło kilka rekordów, mamy rzesze nowych instruktorów, zdarzyło się kilka wypadków. Wydarzenia te wywołują dyskusje, powstają pogłoski i plotki, a także nieco sporów. Intrygujące pytania padają z portali internetowych, słyszane są na miejscach nurkowych i w bezpośrednich rozmowach. Redakcyjna koleżanka słyszała młodzieńców, przechwalających się w popularnym wśród nurków warszawskim barze, o planowanych w Dahab „90-kach na powietrzu, bo instruktorzy tak robią i żyją”. Z kolei adepci AOWD głośno rozważają zalety nurkowania głębokiego na nitroksie, tlenie, czy też może na samym helu bez tlenu. Woof. Innym znów razem chwalą własnych instruktorów, jako argumenty podając liczbę wydanych przez nich certyfikatów, ich stopień instruktorski lub głębokość ich nurkowań a niekiedy nawet ich brawurę, myloną nieustannie z odwagą. To tylko przykłady osobliwych tematów, z których każdy mógłby stać się zalążkiem oddzielnego felietonu.
„Co z tym nurkowaniem”
Wspólnie przedyskutowaliśmy niektóre z wątpliwości, wywołujących kontrowersje. Dlaczego nurkowanie techniczne jest „takie fajne” i coraz bardziej popularne? Skąd się wzięło nurkowanie techniczne? Jaką rolę w nurkowaniu w Polsce odegrała publikacja znakomitego „Ostatniego nurkowania” Berniego Chowdury? Co jest a co nie jest nurkowaniem technicznym? Co w ogóle jest nurkowaniem? Dlaczego dobrze wyszkoleni nurkowie, porywają się tuż po kursie na rekordy przekraczające ich możliwości? Czy bezpieczeństwo certyfikowanego nurka po kursie jest w ogóle możliwe do zachowania i dlaczego odpowiedzialnością obarcza się instruktora, mimo że kurs dawno się zakończył? Jaka jest rola instruktora – mentora, w nurkowaniu technicznym? Jakie są trendy w szkoleniu i nurkowaniu technicznym i dlaczego niektórzy ulegają im całkiem bezmyślnie a niektórzy nie ulegają wcale? Nie ominiemy drażliwej kwestii pieniędzy. Czy oszczędzając np. na gazach można w ogóle nurkować głęboko?
Wydarzenia medialne oraz mało medialne
Przypomnijmy niektóre nurkowe wydarzenia z ostatnich kilkunastu miesięcy. Największą uwagę przyciągnęły tradycyjnie rekordy. Czołówka freediverów ustanowiła kolejne polskie wyniki m.in. w kategoriach zmiennego balastu na 70m, free immersion na 62m i no limits na 80m. Największe wrażenie zrobił Tomasz Bryl, zajmując drugie miejsce na Mistrzostwach Świata w Mariborze, ustanawiając rekord Polski w bezdechu statycznym static apnea na 7’15”.
Równie dużo zdarzyło się w nurkowaniu technicznym. Należący do Grzegorza „Banana” Dominika kilkukrotny polski rekord, w tym 208 m dla obiegów otwartych i 212 m dla zamkniętych, został pokonany w kategorii obiegów otwartych przez Jurka Błaszczyka, na 231m, następnie przez Jacka Musiała na 235 m. W tym samym czasie Agnieszka Łotocka nurkując na 154 metry ustanowiła nowy polski rekord kobiet, należący wcześniej od 2000 roku do Eli Matuszewskiej-Benduckiej na 137 m.
Rekordy i towarzyszące im zainteresowanie nurkowaniem wiąże się ze wzmożoną aktywnością obecnych w Polsce systemów szkoleniowych, ich instruktorów i trenerów. Po krótkim okresie stagnacji wyraźnie rozwija się SDI - TDI. Dotyczy to także NAUI, PSAI oraz obecnego wcześniej ITDA. Jednocześnie trwa działalność centrów i instruktorów pozostałych, obecnych od dawna na polskim rynku firm i agencji szkoleniowych. Uwagę zwraca też szybko rosnąca popularność urządzeń o obiegu zamkniętym. Warsztaty i prezentacje instruktorów m.in. IT IANTD Tomka Żabierka promują możliwości różnych typów CCR w nurkowaniu rekreacyjnym i technicznym.
Kursy, nurkowanie, ceny
Rozwój sportu nurkowego to zjawisko ze wszech miar pozytywne. Najłatwiej zauważalny jest po prostu wzrost liczby nurków. Pociąga to za sobą, w naturalny sposób wzrost liczby instruktorów i centrów nurkowych. Te ostatnie otwierają się i zamykają, ulegając prawom rynku, ale ich liczba, na tle podobnych miast europejskich, pozostaje nadal bardzo duża. Wielu nurkujących stwierdzi, że to znakomicie: większa konkurencja to niższe ceny, być może wyższa jakość. Nic bardziej błędnego.
Niższa cena w nurkowaniu niekoniecznie oznacza korzyść. Pozorna korzyść dla klienta, wynikająca z konkurencji, w tym konkretnym sporcie, nie zawsze przynosi pożądany efekt. Część prowadzących sklepy nurkowe i szkolenia nie potrafi ukryć, że jest im obojętne co sprzedają: nurkowania, telewizory czy hot-dogi. Konsekwencje są tak oczywiste, że nie wymagają komentarza. Na szczęście dotyczy to przeważnie centrów nurkowych zajmujących się wyłącznie nurkowaniem rekreacyjnym i oferujących z reguły jeden system szkolenia.
Zjawisko to, bardzo powoli, jednak ulega zmianie. Daje się zauważyć tendencja do łączenia działań kilku centrów a nawet połączeń firm, co w ciągu najbliższych lat powinno doprowadzić do powstania dojrzałego rynku szkoleń i wyjazdów nurkowych, tak jak miało to miejsce w innych krajach w poprzedniej dekadzie.
Szkolenie - powinno być fajne
Bardzo szybko rośnie liczba firm oferujących kursy na kolejne stopnie w nurkowaniu technicznym. Jest to oczywiście naturalna konsekwencja zainteresowania nurkujących takimi szkoleniami. Oczywiście, uprawnienia pozwalające „legalnie” przekroczyć „obowiązkowy” limit 40 metrów, są dla większości nurków bardzo kuszące. Jest to też, co trzeba jasno powiedzieć, jedyna rozsądna metoda zdobycia niezbędnych umiejętności i wiedzy. Warto zauważyć, że dostęp do informacji za pośrednictwem internetu oraz publikacji i książek, w żaden sposób nie jest w stanie zastąpić odpowiedniego szkolenia, może natomiast czasem, ale nie zawsze, stanowić jego uzupełnienie.
Poza powyższymi, dość oczywistymi zaletami szkolenia, nurkowie zapominają czasem o tym, co kiedyś było dla nich w nurkowaniu najważniejsze. Nauka nurkowania technicznego to po prostu przyjemność. Niekiedy męcząca, często stawiająca wyzwania, zawsze czasochłonna. I oczywiście kosztowna. Ale nadal przyjemność.
Instruktor – to nie logo
Popularność systemów szkoleniowych wydaje się rosnąć proporcjonalnie do ich udziału w rynku. Jednak liczba instruktorów rośnie nieproporcjonalnie, co wynika głownie z odmiennych metod marketingowych oraz różnych wymagań stawianych przez instructor trainer’ów. Oznacza to, że coraz bardziej zmieniać się będzie ilość wystawianych certyfikatów, zarówno na poziomie nurkowym, jak i instruktorskim. Nie rozważamy różnic w systemach szkoleniowych, potwierdzając tym dość oczywisty fakt – ważny jest instruktor, nie system czy logo na certyfikacie. Oczywiście pojawiają się pewne konsekwencje zmieniających się proporcji. Można by nawet żartować, że wszyscy obecni rekordziści i rekordzistki Polski w nurkowaniu technicznym, to instruktorzy lub nurkowie jednego i tego samego systemu, pomijając przy tym fakt, posiadania przez nich uprawnień w wielu innych agencjach szkoleniowych. Niestety, zupełnie co innego pokazuje nam, że woda wcale nie odróżnia posiadanych uprawnień. O tym w kolejnych numerach WB.




